Nr 14 (2019)

Undula rzuca cień na Schulza i na schulzowskie pole. Jej niespodziewane pojawienie się przysłoniło autora jako człowieka. Na naszych oczach twórca przegrał w konfrontacji z postacią, którą sam stworzył. Schulz jako więzień swojej cielesności na chwilę przestał być ważny. Zaciekawienie Undulą zawiesiło na pewien czas jeden z literaturoznawczych przeklętych problemów, którego znakiem jest podejrzane „i” łączące autora z dziełem. Ale problem, choć zawieszony, nie znika ani sam się nie rozwiązuje. Stając przed nim, Ferrari i Nancy z niemałą brawurą zaczynają swoją odpowiedź tak: „Autor jest z dzieła dedukowany. Nie ma w nim niczego, czego nie moglibyśmy znaleźć w dziele, i vice versa. Autor nie wytwarza dzieła, ale przeciwne twierdzenie jest prawdziwe: dzieło wytwarza swego autora”. O jakim autorze mowa? Na pewno nie o tym, który został uwięziony w biologicznym ciele, więc nie o tym, który kiedyś umrze. Ferrari i Nancy mają na myśli autora, „który nie może znajdować się nigdzie indziej niż w dziele”. A zatem jest nieśmiertelny. Nie należy go z tamtym mylić. Schulz w takim ujęciu to jedynie „wytwórca”, „sprawca” lub „sygnatariusz” dzieła, w żadnym razie nie „autor” Unduli – bo ten jest w niej obecny. I tylko tam. Nie powinniśmy jednak oddawać terminologicznego pola bez walki i pospiesznie kapitulować. Bo to przecież autor, właśnie on, ma ciało, ciało biologiczne – nawet jeśli uparcie i konsekwentnie skrywa je przed światem (to znaczy przed swoimi czytelnikami).

Opublikowane: 2019-12-16

Pełny numer